— Zostawiałem i kisło. Albo brałem do domu...
— Dlaczego wy tak Wszyscy... — powiedział lekarz. — Dlaczego przypłacacie zdrowiem, czy warto?
— Czy pracował pan kiedyś w akordzie? — zaczął mówić po chwili Andrzejek połykając słowa. — Czy nagle dostał pan mieszkanie, nie mając przedtem nic prócz wyra u matki? Czy nigdy nie otwarły się przed panem takie wielkie szerokie wrota?
— Człowieku, ty nie masz jeszcze trzydziestu lat!
— Czy pan nie ma żony?
— Mam, ale co z tego?
— No... — zakrztusił się Andrzejek. — No, bo... Ja się staram, może nie!
— Niech pan już idzie — powiedział lekarz bardzo cicho. Położył mu dłoń na ramieniu. — Jeszcze nie ma nieszczęścia. Trzeba na jakiś czas rzucić spawanie i ograniczyć się do ośmiu godzin, potem spacer. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić.
Spawał jeszcze jakiś czas, z rosnącym przerażeniem wsłuchując się w swój oddech. Proponowano mu pracę magazyniera, za dwa tysiące dwieście. Anka popłakała się, potem powiedziała, że coś sprzeda, aby starczyło na spłatę rat. Wróci do sklepu, dziecko pójdzie do żłobka, drugiego nie będą mieli na razie. Pewnego dnia, po robocie, Szwed zaprosił go na piwko.